REKLAMA
 news
 
Paszulewicz: Pięć tygodni z fatalnym finałem
 
Wtorek, 14. maja 2019, godz. 20:32
Na początku kwietnia na stronie klubowej ukazał się lakoniczny komunikat zarządu Widzewa: „Dalsza praca trenera Mroczkowskiego z drużyną nie gwarantuje zrealizowania celu, czyli awansu do I ligi.” Było to w momencie, gdy zespół był w pierwszej trójce tabeli, miał 4 punkty mniej od Radomiaka oraz mecz zaległy z Olimpią w Elblągu.

Logiczne, że kolejnym trenerem będzie ktoś, kto zagwarantuje „zrealizowanie celu”. 8 kwietnia wiadomo było, że nowym szkoleniowcem zostanie 42-letni Jacek Paszulewicz. Osiągnięcia piłkarskie (trzykrotny mistrz Polski), epizod z występów w klubie przy Piłsudskiego w sezonie 2001/2002 oraz wcześniejsze prowadzenie Olimpii Grudziądz i GKS Katowice jakby uzasadniały dodatkowo tę kandydaturę.

Po remisie 1:1 w Elblągu, będącym debiutem Paszulewicza, odbyła się długa, wręcz nocna, konferencja prasowa. Zanotowałem fragment jego wypowiedzi, który dziś warto przytoczyć: „ Dużą wagę przywiązuję do dyscypliny taktycznej w defensywie. W ataku pozostawiam dużo swobody.” Realizacja tej fajnej „pijarowskiej” formułki w kolejnych meczach okazała się smutna w skutkach zarówno dla uśmiechniętego wtedy szkoleniowca, ale co ważniejsze, również dla legendarnego klubu.
REKLAMA

Następne konferencje z jego udziałem były już bardziej nerwowe, pełne pustosłowia i frazesów. To nawet zrozumiałe, bo kolejne remisy wzmagały stres i najgroźniejsi konkurenci do miejsca na końcowym podium „poczuli krew”. Los jeszcze jakiś czas sprzyjał łódzkiej ekipie, ale widać było że drużyna zawodzi i to zarówno w ataku, jak i w defensywie. W pięciu z rzędu meczach nie miało znaczenia, czy zespół prowadził, przegrywał czy nawet nie tracił gola. Spotkania zawsze kończyły się zdobyciem tylko punktu (RTS ustanowił światowy rekord dziesięciu z rzędu remisów w meczach ligowych). Goli nie strzelano nawet z karnych w trzech meczach z rzędu. Czasem w kuriozalnych okolicznościach (jak w doliczonym czasie gry w Częstochowie).

Nie trzeba było wcale grać lepiej. Wystarczyło, by zmobilizowany przez trenera zespół potrafił dociągnąć do końca korzystne wyniki w dwóch spotkaniach ze Skrą (gdy stracił prowadzenie w 87. minucie) oraz z Olimpią Grudziądz w Łodzi, gdzie mógł ocalić remis 1:1, a pozwolił rywalom na strzelenie zwycięskiego gola znów na trzy minuty przed końcem. Do tego trzeba nawet nie walorów szkoleniowych, ale raczej motywatora.

Przełomu nie było i do 32. kolejki ostatnią wygraną widzewiaków było zwycięstwo w Wejherowie nad Gryfem 2:1 (w pierwszym tegorocznym meczu, jeszcze pod wodzą Radosława Mroczkowskiego). Wygrana ze słabiutkim Ruchem była ostatnim zastrzykiem optymizmu. Ten mecz okazał się jedynym, w którym łodzianie pod wodzą tego szkoleniowca strzelili więcej niż jednego gola.
 
REKLAMA

Przyszły mecze prawdy, które okazały się kompletną klapą. Porażka w ostatnim meczu sezonu w Łodzi 1:2 była zarazem pierwszą przegraną wobec wielotysięcznej widowni. Występ przy Sportowej po przerwie był popisem bezradności zarówno zespołu jak i trenera. Zmiany dokonane przez Artura Derbina okazały się decydujące, a o szkoleniowcu łodzian można powiedzieć, że wystąpił tego dnia w błękitnej koszuli, a nie jak zwykle w białej.

Na pomeczowej konferencji w Bełchatowie Paszulewicz operował pojęciem „moja misja”. Wytrzymałem te banały z trudem. Aż dziw bierze, że taki trener pracował w takim klubie. To prawda, że wyjątkowo krótko, ale z jak poważnymi konsekwencjami.

Przypomnijmy wyniki drużyny za kadencji Jacka Paszulewicza: z Olimpią w Elblągu 1:1, z Pogonią Siedlce w Łodzi 1:1, z Siarką w Tarnobrzegu 1:1, z Radomiakiem w Łodzi 0:0, ze Skrą w Częstochowie 1:1, z Ruchem w Łodzi 3:0, w Olimpią Grudziądz w Łodzi 1:2 oraz z GKS w Bełchatowie 1:3. Razem: 1 wygrana, 5 remisów, 2 porażki, bilans goli 9-9. Tak wygląda finał sezonu Widzewa, w którym miejsce w pierwszej trójce miało być formalnością i „realizacją celu”.

Bogusław Kukuć
 
 
 
 
 

REKLAMA
 Najnowsze komentarze
 
Nie ma jeszcze komentarzy do tego artykułu. Bądź pierwszy i skomentuj!
 
 
REKLAMA